PR Sportowy

Public Relations w sporcie i Marketing Sportowy w praktyce

Jak wygląda mecz NBA?

Spotkanie dwóch drużyn NBA, to nie jest zwykły mecz koszykówki. To widowisko sportowe, które gwarantuje kibicom świetną zabawę. Jest atrakcyjną formą spędzenia wolnego czasu, a w jego organizację i obsługę zaangażowanych jest kilkaset osób. Jak zatem dokładnie wygląda mecz NBA z bliska i czego nie można zobaczyć w telewizji?

W styczniu 2011 roku spędziłem trzy tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Współpracowałem wtedy z redakcją sportową Onet.pl. Wsparli mój wylot do Chicago, a ja przy okazji odwiedziłem na pięć dni Los Angeles oraz pojechałem ze znajomymi do Detroit na spotkanie z Marcinem Gortatem. To była niesamowita przygoda i to, co tam zobaczyłem, co przeżyłem, trudno było opisać. Mówi się, że „podróże kształcą”. Myślę, że otwierają oczy i pomagają zrozumieć. Tym razem polecam mój artykuł „Jak wygląda mecz NBA?„.

Jak wygląda mecz NBA?

O tym, że miejscowa drużyna rozgrywa danego dnia swój mecz, wie większość mieszkańców każdego miasta. Nawet osoby nieinteresujące się sportem potrafią wymienić gwiazdy lokalnych zespołów. Wszystko dlatego, że ligi zawodowe w Stanach Zjednoczonych nie są tylko rywalizacją poszczególnych drużyn. Gdyby tak było, to na meczach najsłabszych ekip nie meldowałoby się za każdym razem po kilkanaście tysięcy widzów. Przychodzą oni jednak, ponieważ poza wynikiem ważne jest spotkanie ze znajomymi i po prostu dobra zabawa.

Nie ma znaczenia, czy kibicuje się gościom, czy gospodarzom. Na derbach Los Angeles kilka tysięcy osób ubranych było w koszulki Clippers, a drugie tyle w Lakers. Siedzieli obok siebie i świetnie się bawili, dopingując swoich idoli.

– Jestem w Staples Center, zaraz będę oglądał jak Kevin Durant ogrywa Kobe’ego Bryanta. Zaczekaj, bo są tu chyba sami kibice Lakers – powiedział jeden z fanów Thunder, rozmawiając przez telefon. Dziesięć osób, które jechało razem z nim windą, uśmiechnęło się tylko, a jedna odpowiedziała „możesz tylko o tym pomarzyć„.

W Chicago podczas spotkania z Magic na trybunach siedziała dziewczyna w koszulce Orlando. – Wychowałam się na Florydzie i kibicuję Dwightowi Howardowi – przyznała. Razem z nią siedziało ponad dziesięcioro jej znajomych. Wszyscy w koszulkach Bulls. – Oni to rozumieją. Dwa razy w sezonie nie kibicuję Chicago razem z nimi. Oby Magic dziś wygrali, bo będę musiała słuchać ich żartów przez cały tydzień – dodała. Po efektownych zagraniach Howarda podskakiwała z radości, a kibice przeciwnej drużyny siedzący wokół niej tylko się uśmiechali i żartowali, że po ostatnim gwizdku nie będzie już tak szczęśliwa, bo Magic i tak przegrają.

90 minut do meczu

Do hal można wejść półtorej godziny przed rozpoczęciem spotkania. Wcześniej w kolejkach potrafi ustawić się nawet kilkaset osób. Chcą być pierwsi, bo liczą, że zawodnicy podpiszą im koszulkę czy piłkę albo będą mogli „przybić z nimi piątkę”. Zanim jednak znajdą swoje miejsce lub pójdą jak najbliżej parkietu, czekają na nich specjalne stoiska i sklepy na korytarzach. Oprócz kilkudziesięciu (na dwóch poziomach) ofert z jedzeniem i napojami (także alkoholem) fani np. Los Angeles Clippers mogą skorzystać ze specjalnych ofert przygotowanych przez ich klub. Mogą zorganizować urodziny, kupić poszczególne mecze na DVD, zamówić koszulkę meczową z dowolnym numerem i nazwiskiem, zapisać dziecko do szkółki koszykarskiej, a także wziąć udział w aukcjach przedmiotów podpisanych przez zawodników.

Przed meczem Clippers można obejrzeć, co klub ma danego dnia do zaoferowania i wpisać się na listę, podając kwotę, jaką chce się zapłacić za dany przedmiot oraz swój numer telefonu. – Tydzień temu koszulka meczowa Blake’a Griffina z autografem sprzedała się za 220 dolarów – mówi Ryan, który obsługuje stoisko z aukcjami. A na pytanie, czy jest coś tańszego, uśmiecha się od ucha do ucha i poleca gumową piłkę z podpisem Barona Davisa. Jej cena wywoławcza to 20 dolarów.

W hali Staples Center w centrum Los Angeles od 1999 roku grają zarówno Lakers, jak i Clippers. Obie drużyny za każdym razem dostosowują halę kolorystycznie przed swoim meczem, a kiedy zdarzy się, że grają tego samego dnia, to w kilka godzin niebiesko-czerwony wystrój zmienia się w żółto-fioletowy. Co ciekawe, oba zespoły mają własny parkiet i kosze. Nie jest więc tak, że zmieniane są przed meczem jednych lub drugich naklejki z logo i linie czy pole trzech sekund. – To może dziwnie wyglądać, ale tak jest łatwiej i szybciej. Zdejmujemy cały parkiet i układamy nowy – przyznaje jeden z pracowników obsługi technicznej w Staples Center.

W Chicago na trzy godziny przed meczem uruchamiana jest specjalna linia autobusowa, która z centrum miasta zawiezie nas pod samą halę. Przed United Center, obok uniwersytetu imienia Malcolma X, dumnie prezentuje się pomnik najlepszego koszykarza w historii – Michaela Jordana.

W hali na kibiców czeka mnóstwo atrakcji. Tylko na dolnym korytarzu są trzy stoiska z koszulkami, czapkami i innymi gadżetami z logo Bulls. Jest też sklep firmowy „Byków” oraz Blackhawks – drużyny hokeja, która także gra w United Center. Oprócz tego Kia prezentuje swój najnowszy samochód, producent gier komputerowych zaprasza do wypróbowania ich nowych produktów na różnych symulatorach, a jedna z sieci komórkowych próbuje sprzedać swoje usługi.

Na korytarzu jest bardzo głośno, bo na dwóch końcach grają zespoły na żywo – jedni jazz, drudzy rock&rolla, a co kilkanaście metrów sprzedawane są losy na loterię. To wewnętrzna zabawa, tylko dla widzów danego meczu. Do wygrania są cztery tysiące dolarów.

Poza tym w United Center na chętnych dodatkowych wrażeń czeka kilku magików, którzy prezentują swoje sztuczki karciane i chcą nas ograć w tak zwane „trzy kubki”.

Najwierniejsi kibice „Byków” mogą się zatrzymać i zrobić zdjęcie ze swoją ulubioną drużyną. Obok jednego sklepu z jedzeniem stoi dwanaście tekturowych postaci w skali 1:1. W pierwszym rzędzie z numerem jeden dumnie prezentuje się gwiazdor Bulls – Derrick Rose.

To właśnie z nim kibice robią sobie najczęściej zdjęcia. Ich idol nie dość, że jest pierwszym graczem „Byków”, który został wybrany do pierwszej piątki Meczu Gwiazd od czasów Michaela Jordana, to jest też chłopakiem z Chicago, co przysparza mu dodatkowej sympatii wśród fanów.

Jesteśmy na trybunach

Po tych wszystkich atrakcjach przychodzi czas, aby zasiąść na swoim miejscu. Widok na trybuny robi ogromne wrażenie. Kibice mogą wykupić miejsca na jednym z trzech poziomów.

Te najbliżej parkietu kosztują nawet kilkaset dolarów za jeden mecz. Za kulisami czeka na nich jednak specjalna restauracja, a w trakcie meczu kelnerzy realizują ich zamówienia. Pozostałe bilety na miejsca, z których widać bardzo dobrze boisko, kosztują od 60 do 120 dolarów.

Jeśli jednak ktoś myśli, że skoro na meczach np. Memphis Grizzlies dolne trybuny nie są zawsze pełne, to on może kupić najtańszy bilet, a potem się przesiąść, grubo się myli. Każdego z wejść pilnują pracownicy hali, aby właśnie nie dochodziło do takich sytuacji.

Na drugim poziomie oprócz tradycyjnych krzesełek znajdują się boksy dla VIP-ów. To specjalne pokoje, w których korzystając z cateringu można obejrzeć mecz wygodnie siedząc na kanapie i słysząc bezpośrednio reakcję publiczności lub wyjść na balkon i stamtąd obserwować wydarzenia na boisku.

W Los Angeles na drugim poziomie znajduje się restauracja, której część stolików umiejscowionych jest praktycznie na trybunach. Dzięki temu można jedząc przy stole oglądać mecz NBA na żywo.

Najtańsze miejsca znajdują się na trzecim poziomie pod kopułą hali. Bilety na nie czasem mogą kosztować nawet 5 czy 10 dolarów. Najczęściej zasiadają na nich zorganizowane grupy dzieci i młodzieży. Żeby jednak coś z tych miejsc zobaczyć trzeba wziąć ze sobą lornetkę. Kibicom jednak rzadko to przeszkadza. Wiedzą czego się spodziewać, a najważniejsze jest dla nich bycie razem ze znajomymi i czucie atmosfery, jaka towarzyszy spotkaniu NBA. Mecz często oglądają na wielkim ekranie, który zawieszony jest nad parkietem.

W trakcie meczu jest dużo długich przerw. Oficjalne w połowie każdej kwarty (na reklamę w telewizji), a także „czasy” brane przez trenerów. Oprócz tego są kilkuminutowe przerwy między kwartami i kilkunastominutowa między połowami. To wszystko sprawia, że kiedy ogląda się mecz NBA w telewizji, wszystko bardzo się dłuży. Zwłaszcza jeśli jesteśmy w Polsce, a spotkanie zaczyna się na przykład o drugiej w nocy.

Kibicom w hali czas płynie jednak bardzo szybko, bo podczas każdej z przerw mają zapewnione mnóstwo atrakcji. Od konkursów tanecznych na trybunach i prezentacji marketingowych na telebimie po pokazy akrobatyczne, występy cheerleaderek czy inne konkursy sprawnościowe (wyścigi z kozłowaniem, rzuty z dystansu i wiele innych). W przerwie między połowami na parkiecie w Chicago raz rozstawił się zespół muzyczny, który grał na żywo rock&rolla. Przy innej okazji koszykarze na wózkach inwalidzkich rozegrali mecz pokazowy.

W końcówkach spotkań, kiedy są największe emocje, animatorzy i maskotka gospodarzy zagrzewają kibiców do jeszcze większego dopingu. Przy charakterystycznej muzyce rzucają w trybuny koszulki i inne gadżety. Wcześniej jednak pokazują, że obdarują tylko tych, którzy będą zachowywać się najgłośniej.

Kilka razy podczas meczów w Chicago i Los Angeles, kiedy kończyła się przerwa, a zawodnicy wychodzili na parkiet, na telebimie pojawiał się licznik pomiaru hałasu. Jest to oczywiście zwykła prezentacja multimedialna, która jednak robi furorę w NBA. Strzałka zaczyna drżeć przy jedynce, kibice zauważają licznik i zaczynają głośno krzyczeć – kiedy dochodzi do trójki, publiczność krzyczy jeszcze głośniej. Przy szóstce niektórzy zatykają uszy. W końcu 20 tysięcy gardeł drze się wniebogłosy.

Telebim robi wielką różnicę

Ogromną atrakcją hal NBA jest wielki telebim zawieszony nad parkietem. Służy on do oglądania powtórek, ale także całego meczu, jeśli ktoś siedzi na najwyższych miejscach.

Każda drużyna ma jednak swoją wewnętrzną telewizję, która niezależnie od lokalnej lub ogólnokrajowej stacji poza spotkaniem pokazuje swoje własne materiały.

Przed meczem atrakcyjne dziennikarki mówią o tym, co czeka ich zespół w danym dniu. Opowiadają o zbliżających się konkursach i rozmawiają z kibicami. W trakcie przerw telebim jest największą atrakcją. Każdy chce się na nim zobaczyć i próbuje przyciągnąć swoim zachowaniem uwagę realizatorów. Wiele osób tańczy, pokazuje przygotowane transparenty, chwali się swoją szaloną fryzurą czy robi śmieszne miny.

Telebim wykorzystywany jest także do konkursów dla publiczności. W Los Angeles tradycją jest zabawa „kto ma na sobie więcej koszulek”. Jeden z fanów na derbach Lakers – Clippers miał ich na sobie aż osiem i zdejmował je po kolei w rytm muzyki. W Chicago popularna jest „kiss camera”, która zachęca siedzące obok siebie pary do pocałunku. Kto zobaczy siebie na wielkim ekranie, musi się pocałować. Jest przy tym bardzo dużo zabawy.

Zwłaszcza kiedy jedna z osób zawstydza się i nie chce tego zrobić. Jeszcze kilka lat temu na koniec, dla żartu, realizator pokazywał dwóch mężczyzn, którzy oczywiście śmiali się z takiej sytuacji. Zrezygnowano jednak z takiej formuły, aby zachować polityczną poprawność.

Telebim wykorzystywany jest także do celów marketingowych. W Chicago każdy z kibiców ma na swoim bilecie jeden z trzech symboli firmy Dunkin Donuts – kawę, ciastko lub bajgla.

W trakcie jednej z przerw na ekranie pojawia się filmik, na której animowane produkty Dunkin Donuts ścigają się ze sobą. Publiczność sprawdza wtedy, kogo ma na bilecie i głośno dopinguje. Wyścig kawy z ciastkiem i bajglem trwa nie więcej niż pół minuty, ale od okrzyków kibiców, którzy chcą, aby ich produkt wygrał, robi się gorąco, jak w końcówce meczu. Każdy, kto ma na swoim bilecie symbol, który wygrał może go później odebrać.

W Los Angeles taki sam schemat stosuje producent wody. Na bilecie znajdują się ciężarówki w różnych kolorach, które w trakcie jednej z przerw ścigają się na telebimie.

Dziennikarze nie mają łatwo

Jeśli dziennikarz relacjonuje wydarzenia z danej hali w pojedynkę, to nie sposób, aby udało mu się zebrać wszystkie najciekawsze informacje. Półtorej godziny przed meczem szatnie obu drużyn otwarte są przez 45 minut. Każdy z przedstawiciel mediów może do nich wejść i porozmawiać z zawodnikami. Niektórzy jednak nie udzielają wywiadów przed meczem, jak Steve Nash czy Grant Hill, który poproszony o komentarz do wpływu gry Marcina Gortata na postawę Phoenix Suns odpowiedział: – Przepraszam, ale jestem gwiazdą i nie rozmawiam z prasą przed spotkaniem. Po chwili uśmiechnął się jednak i dodał: – Ale nie ma problemu, żebyśmy pogadali po meczu.

W Chicago Derrick Rose osaczany jest przez lokalne media, tak samo jak Kobe Bryant w Los Angeles. Czasem przy liderze Lakers stoi tylu przedstawicieli mediów, że nie sposób wcisnąć tam ręki z dyktafonem, a co dopiero zadać pytanie.

Na szczęście dla dziennikarzy piszących o NBA największym zainteresowaniem cieszą się lokalne gwiazdy, dlatego swobodnie można porozmawiać np. z Dwightem Howardem, kiedy Magic przylecieli do Chicago, lub z Kevinem Durantem, kiedy Thunder grali w Los Angeles.

Po meczu na konferencji pojawia się tylko trener gospodarzy. Szkoleniowiec gości wychodzi do dziennikarzy na korytarz – najczęściej w tym samym czasie. Kiedy skończą, otwierane są szatnie i dziennikarze mogą rozmawiać z zawodnikami. Problem jednak w tym, że nie wszyscy są rozmowni, zwłaszcza kiedy ich zespół przegra. Po porażce w Chicago Dwight Howard przez 10 minut siedział na krześle w samym podkoszulku, bokserkach i pantoflach. Zajęty był wysyłaniem SMS-ów. Dziennikarze czekali aż lider Magic się ubierze. Kiedy to zrobił, nie powiedział ani słowa.

Główni aktorzy mają wszystko

Zawodnicy NBA są głównymi bohaterami spektaklu i mają zapewnione wszystko, czego potrzebują, zarówno przed meczem, jak i po. Kiedy wchodzą do szatni czekają na nich rozwieszone stroje, dresy, buty, a nawet skarpetki. Koszykarze wysiadają z autokaru i często jedyne, co mają ze sobą, to kosmetyczka.

Specjalni pracownicy gospodarzy zajmują się po spotkaniu pakowaniem wszystkiego do kilku wielkich toreb, a następnie wiozą je meleksem do autokaru. W tym czasie zawodnicy mają okazję do spotkania się ze swoimi znajomymi, których zaprosili na mecz, bo na trybunach zostaje garstka kibiców mających specjalne przepustki.

Kiedy tak dużo dzieje się wokół parkietu, trudno skupić się na spotkaniu dwóch drużyn, ale za to właśnie Amerykanie kochają ten sport. Gwarantuje im emocje na boisku, ale jest też świetną formą spędzania wolnego czasu. I jak tu nie kochać NBA?

źródło: Onet Sport

Zainteresowany artykułami na PRsportowy.pl? Poznaj newsletter PR Sportowy!

Dodaj komentarz

Przejdź do paska narzędzi